Dłuższą chwilę nic do siebie
nie mówiliśmy. Tkwiliśmy w bezruchu,stykając się nosami.
Choć León był mi obcy i nieznany, intrygował mnie.
A jeśli prawdą było, że uratował mi życie? Zapewne gniłabym na tym pustkowiu, zjadana przez mniejsze zwierzęta.
Czułam się głupio, że tak nieprzyjemnie potraktowałam Leóna...
- Gdzie masz zamiar się teraz
udać? - rozmyślania przerwał mi wilczur, odsuwając się odemnir
- Dotychczas szłam przed
siebie, więc nie wiem gdzie mam się teraz podziać. Nie mam ani dachu nad głową,
ani pożywienia. Wszystko straciłam. Wszystko… - westchnęłam i zwiesiłam głowę
- A więc powiadasz, żeś głodna? Proszę,
zjedz to. – DOPISZ IMIĘ podsunął mi pod pysk świeżego królika – aż ślinka pociekła
- Ale, jak ja go zjem, to wtedy ty nie będziesz miał, co jeść.
- Coś nagle zrobiłaś się taka uprzejma? - zaśmiał się cicho - Mną się nie przejmuj,
niedawno polowałem. Śmiało, jedz - zachęcił
Nie trzeba było mnie prosić,
ani sekundę dłużej. Ze smakiem skonsumowałam zwierzynę. Soczyste mięso, dobrze
mi zrobiła, niemal natychmiast odzyskałam swe siły.
- A więc wszystko straciłaś? – Zapytał wilczur
Przełknęłam głośno ślinę i przeszły mnie rytmiczne dreszcze.
- Bardzo mi przykro... - wtrącił zmartwiony - Jak do tego doszło?
Nie odpowiadałam. Ślepo
wpatrywałam się w jeden punkt, a moje oczy ściemniały.
- IMIĘ, jak nie chcesz nie
mów. Przepraszam, jestem mało delikatny. Naprawdę, nie chciałem, cię zranić.
Jego słowa dotarły do mnie dopiero po dłuższej chwili.
- Naprawdę nie ma za co przepraszać. Wszystko w porządku. - powiedziałam słabo i aby moja wypowiedź wyglądała przekonywająco uśmiechnęłam się blado – Nie znam moich rodziców, ani
nikogo z rodziny. Zostałam porzucona u wybrzeży Ameryki Południowej w
Wielkiej Puszczy. Kiedy zdawało się, że umrę i zaginą o mnie słuchy, znalazła
mnie pewna stara wilczyca. Pokochała i wychowywała mnie jak własną córkę.
Uczyła polować i zdobywać wiedzę. Mieszkałyśmy wtedy na spokojnej polance, obok
lasu. Wilczyca, zawsze powiadała, abym nigdy nie oddalała się, poza teren
puszczy, iż tam czyhają wielkie niebezpieczeństwa.Twierdziła, że świat dzieli się na dwie części - dobrą, w której mieszkałyśmy oraz złą, czyli tą, ktora była poza terenem naszego zamieszkania.
Zawsze słuchałam się mojej
wychowanki, bowiem bardzo ją kochałam.
Lecz jak na każdego wilka,
tak na nią, przyszedł czas. U schyłku życia, podarowała mi ten medalion –
wypięłam pierś, aby León mógł zobaczyć połyskujący naszyjnik – i kazała mi
przyrzec, iż nigdy nie trafi w niepowołane ręce i, że wypełnię przeznaczenie. Choć
nie wiedziałam, cóż te słowa mogą oznaczać, chciałam wypełnić daną obietnicę…
Długo rozpaczałam po śmierci
najbliższej i nie licząc się z niczym, wyszłam poza teren lasu. Niepewnie szłam
na przód, chlipiąc i skomląc – było mi wszystko jedno. Wtedy ujrzeli mnie ONI –
wataha Mroku. Zrozumiałam, dlaczego wilczyca nie chciała mnie puścić, poza las.
Wataha Mroku składała się z
dziewięciu ogromnych, krwiożerczych wilczurów. Każdy z nich patrzył w moją
stronę, każdy myślał o tym samym – zabić.
Zaczęłam uciekać, choć
wiedziałam, że wilki zaraz mnie dopadną i rozszarpią na szczęty.
Chcąc je zgubić wpadłam do
lasu, szukając jakiejś kryjówki. Wtem, mym oczom ukazała się mała nora,
wykopana pod starym dębem. W ostatniej chwili wpełzłam do niej, tym samym
oszukując, głupie wilki.
Przerażona siedziałam w
kryjówce ponad trzy doby. Kiedy wyszłam, ukazał mi się najstraszniejszy z
widoków; wataha Mroku, chcąc zemścić się na mnie, za to, że nie udało im się
mnie złapać – spaliła polanę oraz las, w którym się wychowałam.
Płacząc i wyjąc ruszyłam na
przód, nie obracałam się już za siebie. I dotarłam tutaj… - odetchnęłam,
uśmiechając się blado – taka jest właśnie moja historia….